Nie samym chlebem żyje człowiek
i my nie samą Białą Przemszą. Od kilku lat próbujemy z Piotrem (Piotr Maj zwany „Majowym”) złowić królową pomorskich rzek – troć. Dotychczasowe nasze wyprawy kończyły się fiaskiem, ale nie zrażaliśmy się, bo jesteśmy świadomi, że ten „większy pstrąg” to trudna do złowienia, ale też niestety w dalszym ciągu rzadka ryba.
W tym roku wyjechaliśmy w nocy z pierwszego na drugiego stycznia, żeby spędzić na Pomorzu trzy dni próbując złowić troć lub łososia. Mieliśmy umówioną bazę w Łosinie u naszego przyjaciela Janka Chaleckiego z noclegiem we wspaniałym gospodarstwie agroturystycznym „Perełka”.* Przywitał nas drugiego stycznia skoro świt wspaniałym śniadaniem i kawą. Potem towarzyszył nad wodą.
Pierwszy dzień upłynął nam szybko,
byliśmy zmęczeni podróżą, więc wcześniejszy obiad był dla nas w sam raz. Mieliśmy jakieś niemrawe brania, widzieliśmy też odpoczywającą po tarle na płyciźnie trotkę. Spotkaliśmy kilku wędkarzy, jeden chwalił się wczorajszym sukcesem – trocią 58cm, drugi dzisiejszym kompletem troci z łososiem. Poznaliśmy też przesympatycznego Waldka, wspaniałego kompana nad wodą, nietuzinkowego towarzysza na długie zimowe wieczory, a prywatnie przyjaciela Janka.
Drugiego dnia
zjechaliśmy w dół rzeki w okolice Charnowa, a dokładniej poniżej tej miejscowości, gdzie w lesie zostawiliśmy samochód i dalej pieszo rozpoczęliśmy kolejny dzień zmagań ze Słupią. Kilka minut przed dziesiątą marzenie o braniu i sile szalejącej ryby stało się rzeczywistością. Krzyczałem, darłem się wręcz do Piotra: JEST! Nie uniknąłem nawet paru mocniejszych przerywników, JEST! Piter! JEST! Ryba szalała. Wyobraźcie sobie młynkującego w nurcie pstrąga. A potem, że ma ponad 70 centymetrów. Kołowrotek z każdym młynkiem troci oddawał żyłkę i żeby nie dopuścić do wplątania ryby w przybrzeżne chaszcze musiałem w pewnym momencie zastosować siłowy hol z przytrzymaniem szpuli kołowrotka. Piotr przybiegł po chwili i nie bacząc na głębokość wskoczył do wody i z niemałym trudem podebrał mi rybę, przy czym sam o mało nie zanurzył się w nurcie rzeki. Odtańczyłem indiański taniec, Piotr rozesłał mms’y. Przygoda…
Później poza jednym pstrążkiem samobójcą, który rzucił się na Piotrową wielką wahadłówkę, nie mieliśmy już więcej kontaktów z rybami. Chłonęliśmy jednak niesamowity klimat zimowych łowów nad pomorską rzeką.
Ostatni dzień
postanowiliśmy spędzić nad Łebą – inną trociową rzeką oddaloną na wschód od Słupi około pięćdziesiąt kilometrów. W pierwszym rzucie wybraliśmy odcinek rzeki w okolicy miejscowości o przyjaźnie brzmiącej nazwie – Poraj. Okazało się jednak, pomimo sentymentu do nazwy miejscowości, że to nietrafiony pomysł, bo rzeka tu okazała się brzydka, nieczytelna i ogólnie nieprzyjazna.
Szybko przejechaliśmy kilkanaście km w górę na odcinek pomiędzy Lęborkiem a Chocielewkiem. Na miejscu było już wielu wędkarzy próbujących szczęścia podobnie jak my. Po kilku pierwszych zarzuceniach poczułem niespodziewanie branie, ale zupełnie zaskoczony nie zaciąłem jak należy i ryba wypięła się po kilku sekundach. Szkoda. Przeszliśmy z Piotrem kilkaset metrów w górę rzeki, ażeby minąć innych wędkarzy i schodząc w dół obławiać ciekawsze miejsca. Nasz plan zakładał, że o trzynastej zasiądziemy w samochodzie na drogę powrotną.
Około wpół do pierwszej usłyszałem nieśmiałe: jest! Za chwilę znowu już mocniej: JEST! JEST! Wygięte wędzisko Majowego i wielkie kręgi wody kilkanaście metrów poniżej świadczyły, że i Piotr doczekał się ryby. Niemała troć w małej rzece jaką jest Łeba, szybko wplątała żyłkę w gałęzie drzew, co znacznie utrudniło dalsze nasze poczynania. Chciałem podebrać rybę Piotrowi, ale z wysokiej skarpy nie miałem możliwości. Po chwili to ja trzymałem wędkę, a kompan z racji swoich dwustu paru centymetrów wzrostu przymierzał się do podebrania kelta troci. Ale też nie dał rady! Na pomoc przyszedł wędkarz obserwujący całe zajście z drugiego brzegu. Miał ze sobą podbierak, który zaczepił siatką o wcześniej zarzuconego na przeciwległy brzeg naszego woblera. Po „złowieniu” podbieraka też nie bez trudu udało nam się podebrać rybę. Akcja trwała dobry kwadrans. Przygoda…
* Gospodarstwo niestety dzień po naszym odjeździe doszczętnie spłonęło. Dla nas szok, ale przede wszystkim wielka szkoda, bo było to wspaniałe miejsce i nawet planowaliśmy tam przyjechać ponownie z rodzinami latem. Tym samym pragnę wyrazić wyrazy wielkiego współczucia właścicielom.
** Komentarz wędkarza po uwolnieniu ryby
