Łupanie na Łupawie – historia spisana subiektywnie

Wyjazd

zaplanowaliśmy jeszcze w grudniu ub.roku, czerwiec to odliczanie dni w kalendarzu. 23 czerwca start, wesoły autobus wyruszył z Olkusza. Nie powiem, podróż upłynęła szybko, nawet można by rzec, zbyt szybko, stanowiła wartość samą w sobie. Brzuchy od śmiechu bolały.

Za szofera robił tym razem Krzysiu, ktoś musiał. Ja wsiadłem  w Sławkowie w Sosnowcu do wozu wsiada Tomek jak się  później okazało zdobywca przydomka egzekutor oraz Piotr zwany majowym.

Wieczorem jesteśmy na miejscu. Wizyta po licencje u strażnika łowiska p. Józefa.  Chwila gadki i emocje podkręcone. Pan Józef melduje nam o kabanach 60cm, ba… nawet większych. No tak, trele morele, sceptycznie myślę sobie, 60 to miały w ubiegłym roku jak odwiedzałem kilkakrotnie łowisko i co dalej rosną, nic tylko promocja i marketing.  A niech tam, niech wyobraźnia pracuje przecież trzeba mieć swojego króliczka.

Jesteśmy w domku. Baza jest wspaniała, normalnie samotnia. Siedzimy na tarasie. Do wody tyle że gdyby nie chabazie to rolką by zapodał. Dni najdłuższe w roku. Pytam załogę w sumie znając odpowiedz – kto da rade łowić cały dzień nie zaniedbując świtu i zmierzchu. Ręka w górze majowego, wymowne spojrzenie i riposta – co to za pytanie. Piotrek utwierdza mnie w przekonaniu że morale jest wysokie. Ale plan musimy mieć, więc planujemy dobry plan. Co do realizacji… no cóż, przynajmniej nie zarzucimy sobie że się nie staraliśmy.

Mamy wstawać rano, no bardzo wcześnie rano, właściwie nad ranem  mówiąc wprost mamy wstawać w środku nocy o trzeciej  i łowić do śniadania. Po śniadaniu kręcenie much na ciepło. Południe i wczesne godziny popołudniowe mamy przesypiać. Szybki obiad i łowienie. Tyle plan. Jak się później okazało najgorzej nam wychodziła część z odpoczynkiem. Ze spaniem ciężko, majowy ciągle nawija, egzekutor tworząc równowagę w przyrodzie – milczy. Przed nami trzy dni łowienia na Łupawie.

Dzień pierwszy startujemy.

Lampa taka, chaber na niebie, wieje że czapki zrywa z głów. Gdyby nie plan, o sobie myśląc powiem że niektórzy by nie łowili. Ale ryby są i dają się złowić.

Jest tak pięknie że może być tylko lepiej. Chłopaki dzwonią przed 8mą że śniadanie będzie i kawa już czeka. To do nich nie podobne. Za wcześnie. O co chodzi pytam sam siebie. Wiem że są twardsi ode mnie, determinacje maja chyba z promocji 3w1. W słuchawce słyszę echy i achy, dalej Krzysiu dokładne wypunktowuje ile, gdzie w którym miejscu i na co. Są już spełnieni, po prostu już połowili.

Luzik… Zgodnie z planem,odpoczynek. Majowy wytrzymuje tak odpoczywać może do 10tej. Bierze kija i tylego widzimy. Koło południa wpada rozbuchany i nawija nieskładnie o rybach, że tui że tam a szczególnie pod ścianą. Później okazało się że każdy do ściany twarzą zwrócony  w skupieniu swoje ryby mógł wystać. Skłuliśmy wspólnie wiele, oj wiele ryb w tym miejscu skłuliśmy.

Dzień  drugi

Tomek od tego momentu zwany Egzekutor. To jego pierwszy dzień z muchówką w ręku, pierwszy większy pstrąg i od razu z 5tką z przodu, złowiony na suchą muchę, na gremlina*… Tomkowi nawet powieka nie drgnęła, wyprany z emocji 😉






Dzień trzeci

Słonecznie, ładnie i ciepło, jak wczoraj, wiaterek ze wschodu, nie bardzo na ryby. Pobudka, dzwon majowego nie zawiódł, a dzwon majowy miał tęgi, strach się kłaść do spania było. Robimy górny odcinek. Robimy za dużo powiedziane, łapiemy klimat, tak nam się podoba że spacerujemy w dół rzeki, kontemplujemy okoliczności.

Wieczorem, ostatnie łowienie w towarzystwie ekipy że się tak wyrażę administracyjnej. Z Arturem i synem z Bytowa staramy się złowić ostatnie lipienie. Zbyszek zapodaje celne wskazówki do Krzyśka uskuteczniając próbę wyjęcia namierzonego kabana.
Ognisko kiełbaski, napitki, rozmowy i śmiechy, wszystko to za krótko, wszystko za szybko się działo.

Okoliczności przyrody, towarzystwo, radość i zabawa, wędkarska satysfakcja i spełnienie, takie słowa przychodzą mi ma myśl jeśli myślą o odcinku Łupawy pod opieką Koła Trzy Rzeki. Na miejscu jest wszystko co potrzeba, nie znaleźliśmy słabych punktów, wszystko przemyślane i zrobione pod wędkujących gości. No może zabrakło automatu ze sztucznymi muchami. Zgłosiliśmy to niedopatrzenie opiekunom łowiska. Ponoć pracują już nad tematem.

Mało jest takich miejsc w naszym kraju…

gdzie wędkarz może poczuć się na łowisku spełniony, gdzie wszystko co się wokół niego dzieje, wszystko co sprawia mu frajdę i satysfakcję jest wynikiem pomysłów oraz pracy wąskiej grupy wędkarzy. Trudno to opowiedzieć, przecież zawsze to będzie opowieść subiektywna. Trudno pokazać, zawsze to będzie kadr i chwila uchwycona i zapamiętana przez relacjonującego. Jednak każdy kto poszukuję klimatów i magii  czerwonej kropki ma wspaniałe miejsce do odwiedzenia. Ten odcinek Łupawy to  wspaniała alternatywa w stosunku do najlepszych OS-ów i łowisk podkarpackich. Jest wiele pięknych miejsc w naszym kraju, wiele urokliwych i wspaniałych rzek ale niewiele z nich ma tą kropkę, czerwoną kropkę nad i. Ta kropka to pstrągi i ich ilość, to czyni różnice. To wspaniałe, zadbane i przemyślane łowisko, z dala od zgiełku w ciszy w malowniczej scenerii, łowisko wypełnione pstrągami i lipieniami.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •