Jutro na Koszarawę.
Taki plan. Już mam wyjąć imadło i nakręcić chruściki na beskidzkie potokowce, jak „coś” jednak każe mi zmienić plany. Coś co w myślach podpowiada: „Mikołaj, nie jedź tam, te masy letników upał i ohydny gryzący dym z setek grilli…I ta ledwie płynąca rzeka. Nie jedź, bo się zdenerwujesz, po sierpniowych burzach sobie odbijesz albo jesienią…” Chwilę się waham, myśląc o górnym odcinku rzeki, a potem o Sztole, za którą jestem pewien, że ciszę i spokój tam zastanę. Za moment jednak myślę znów o Koszarawie, a także skalnej Sopotni, jej dopływie, który hucznie płynie ciemnym kanionem. Wszak kilkanaście dni temu nawet nieźle tam połowiłem. Waham się tak się jakiś czas, póki nie oglądam prognozy na następne dni. Uśmiechnięta pogodynka, zapowiada na południu Polski wyjątkowo „cudowne” warunki do plażowania…Zatem już wiem, że w Beskidach mnie jutro nie zobaczą…Na pewno nie.
Dopompowuję rower. Do plecaka pakuję pompkę, zapasową dętkę i zetawik kluczy imbusowych. Potem wędkarskie dokumenty i kamizelkę z pudełkami obrotówek, jakichś gum oraz kołowrotek. No a na ramę spinning. Dla podkręcenia wędkarskiej „podniety” zaglądam w album gdzie mam zdjęcia ze Sztoły i idę spać.
Rano wyruszam przed świtem. Cała moja dzielnica jeszcze śpi, nieliczni przechodnie, gdzieś tam przemieszczają się niczym duchy. Jedynie ranne ptaki dają teraz głośny koncert znanych mało komu, treli. Opuszczając osiedle domków jednorodzinnych wjeżdżam w zupełnie jeszcze ciemny las. Jest chłodno, wyraźnie czuję to w dłoniach, kurczowo zaciśniętych na kierownicy. Nawet chwilowo nie dowierzam, że za kilka godzin temperatura sięgnie niemal trzydziestu kresek powyżej zera. Ale istotnie tak będzie.
Przez gęste lasy murckowskie podążam w kierunku Mysłowic, skąd będę dalej kierował się na Jaworzno. Znany mi dukt już rozświetla różowawa poświata wstającego dnia. Wyboista ścieżka wiedzie przez okazałą buczynę, po czym kończy się asfaltową drogą. Mijam Mysłowice, potem Jaworzno. Tam przystaję robiąc zakupy w „zaprzyjaźnionym” sklepiku. Nieco później wspinam się na spore wzniesienie okolic Długoszyna i Szczakowej. Stąd już widać rozległe sosnowe lasy, ciągnące się aż po horyzont.
To tam płyną nasze ukochane rzeki…
Po przejechaniu mostu na Kanale Szczakowskim czeka mnie ostatni etap drogi. To szosa Bukowno – Szczakowa, którą nazywam „drogą fatamorgany”. Dzięki temu, że jest ona na dwóch bardzo długich odcinkach pozbawiona zakrętów, dostrzec można ciekawe optyczne złudzenia. Samochody, oddalające się od obserwatora robią po pewnym czasie wrażenie, jakby unosiły się w powietrzu. Często, jadąc rowerem, czy idąc tą szosą miałem okazję nad tym „widowiskiem” się zastanawiać.
W końcu dojeżdżam do mostu na Sztole. Na szczęście jest tylko leciutko trącona, zatem idealna do wędkowania. Zatrzymuję się i brnąc po kostki w sypkim piachu, znoszę rower w dół wąwozu. Tu rzeka huczy niezwykle głośno po kamienistym dnie, ale tuż powyżej tworzy cały system ciekawych stanowisk z głęboką wodą i wolniejszym nurtem. Nad ostrym zakolem montuję spinning. Zakładam srebrną, przytartą już niejednym rzecznym kamieniem, obrotówkę i za chwilę eksploruję miejscówki po kolei. Idąc w górę, sprowadzam blaszkę z prądem, wzdłuż pionowych burt. Coś spłaszam spod nóg, nieco później dwa pstrążki gonią mi za przynętą nie uderzając w nią. Wyżej następny kropkowany diabełek już odważa się uderzyć. Na szczęście nie zapina się na bezzadziorowej kotwiczce. Otacza mnie las, śpiewają ptaki i grają w wysokich trawach, cudowną melodię niezliczone owady. Jest miło i mam to czego chciałem.

Dochodzę do dwóch zakoli i opieram rower o jedną z sosen. Przede mną bardzo głęboka dziura, miejsce dobrze mi znane. Nic jednak nie wyskakuje w tym miejscu do obrotówki. Już chcę podać blaszkę pod brzegową burtę gdy nagle spostrzegam stojącego tuż pod moimi nogami potokowca. Ryba jest już znacznie większa, niż przeciętny „sztołowy rozmiar” Ten pstrąg już dobija trzydziestki. Widzę jak stojąc tuż przy powierzchni zbiera maleńkie czarne owady, podpływające mu niemal pod sam pysk. Cofam się o krok do tyłu i z futerka kamizelki odpinam suchą imitację chruścika. Szybko przewiązuję i z dystansu kładę muszkę na wodę. Branie jest błyskawiczne i ufne. A za moment hałas i… ryba spina się niknąc w modrej głębinie. Śmieję się z tego wydarzenia, bo przecież i tak bym ją wypuścił. Najważniejsze, że dała się sprowokować!
Za moment mijam kolejną „prostkę” i rozbity tuż koło niej namiot (notabene namiot ten był nad Sztołą do końca września… Robinson Cruzoe?). Tam goni mi blachę kilka maluchów, w tym jednego wypinam. I dochodzę do mostu drogowego, pod którym Sztoła hucznym wlewem tworzy szerokie rozlewisko, z wstecznymi prądami. Bez kontaktów w tym miejscu idę powyżej mostu, gdzie czeka na mnie kolejny, znacznie spokojniejszy odcinek rzeki. Zanim jednak przystępuję do dalszego obławiania miejscówek, robię sobie śniadaniową przerwę.
No i co? I tu przykre zaskoczenie. Przykre, bo oto spostrzegam wyraźne zmącenie rzeki, która już nie ma tego bajkowego koloru, którym przywitała mnie kilkadziesiąt minut wcześniej. A zatem kopalnia postanowiła już dziś zepsuć mi wędkowanie na górnej Sztole. Niektórzy co prawda wolą na tej rzece taki stan, sam zresztą niejednokrotnie w mętnej Sztole skutecznie połowiłem, dla mnie jednak tutaj liczą się tu przede wszystkim wrażenia widokowe. Zatem mętnej Sztoły unikam! Spinning ląduje ponownie na ramie, a ja myślę gdzie teraz uderzyć. Może Kanał?…A może dolna Sztoła? Ale na bagnach z rowerem będę miał ciężko, a poza tym nie zabrałem woderów. Tak czy owak jadę w dół. Wyprowadzam rower na asfaltową drogę i ponownie kieruję się „fatamorganową” drogą w kierunku Szczakowej. I nagle przychodzi mi na myśl nowa koncepcja:
A może Biała Przemsza?…
Powyżej przepompowni na „Ryszce”, docieram do rurowego mostku na kończącej już swój bieg, dolnej Sztole. Tu przefiltrowana bagnami jest teraz nieskazitelnie czysta. Wygrzany upałem chłodzę się w jej rześkich, lodowatych wodach. Obserwuję też stojące i oczkujące pstrążki. Nie łowię, robię kilka fotek wspaniałej tutejszej przyrody, włącznie z rzeką. I zaglądam na ujście Sztoły, gdzie oddaje się ona wielkiej i mętnej Białej Przemszy. Od dawna czuję respekt do tej rzeki, która tu sapie i siorpie na zawsze pochłaniając swą ciemnością szmaragdową strugę – Sztołę. Nigdy w niej nie łowiłem i czy w ogóle łowić się da? Teraz nadszedł czas, abym to zweryfikował. Bez większego entuzjazmu ponownie montuję spinning, przewlekam żyłkę przez przelotki i wiążę nieco większą obrotówkę od tej, którą łowiłem na Sztole. I ponownie biorę się do roboty.

Ponad kwadrans dokładnie czeszę ujście, metr po metrze, centymetr po centymetrze. Blaszka „przejeżdża” niemal wszędzie gdzie jest to możliwe. Nie mam brań, ale za to mam możliwość obserwacji obrotówki nawet kilkanaście centymetrów pod wodą. Czyli taka strasznie mętna dziś ona nie jest. Z tego co słyszałem od znających tę wodę kolegów, oznacza to, że w takich warunkach łowić tu warto.
Spoglądam jeszcze raz w dół, tam, gdzie Biała Przemsza znika ona w tunelach drzew i zwalisk. Następnie ponownie przekraczam Sztołę na rurowym mostku i kieruję się leśnymi, trudno przejezdnymi duktami w dół rzeki. W totalnie dla mnie nieznane. Leśna ścieżka coraz bardziej się zaciera, w końcu niknie gdzieś w gąszczu jeżyn, pokrzyw i wilczej trawy. Sprawdzam, czy spinning do ramy jest dobrze przywiązany i kontynuuję przedzieranie się przez ten nadprzemszański busz z rowerem na ramieniu.
Gdy teren nieco się obniża, słyszę już rzeczny szmer i czuję chłód zwiastujący Jej ponowną bliskość. Opieram rower o wysuszone drzewo, chcąc odchylić szpaler wysokich pokrzyw. Nagle jednak czuję niespodziewane ukłucie w policzek. Krzyczę i odruchowo odskakuję w tył. A potem klnąc, uciekam nie zwracając uwagi na kaleczące kolce jeżyn. Tak, nie po raz pierwszy w życiu niespodziewanie wszedłem w drogę osom, małym leśnym wojownikom, którzy właśnie tu urządzili sobie wartownię. Już czuję jak puchnie mi gęba, ale nic tam. Uczulenia nie mam, zatem do domu tak szybko nie pojadę. A poza tym nieznana rzeka tak nęci, że nic mnie nie powstrzyma. Tylko ten pulsujący ból, cholera…Mogłem się lepiej rozglądać.

Opadają emocje i z dystansu obserwuję gniazdo nerwowo latających owadów, nad którym stoi oparty mój rower. To że on tam jest to pół biedy, zresztą jest dobrze pilnowany, ale wędka na ramie… I tu mam kolejny problem. Dochodzę do rzeki, „dając” osom się uspokoić. I oglądam miejscówki. Akurat stoję nad kilkunastometrowej długości płanią, zwieńczoną gęstym zwaliskiem. Miejsce mogące pomieścić naprawdę wiele. Przyglądam się dnu rzeki, z mojej strony opadającemu tak, że widzę jego fragment. Dobrze, że w tej mątnicy da się znaleźć jakiś punkt odniesienia. To się za moment bardzo przyda.
Dobra. Czegoż nie robi się dla wędkarstwa?…Jak lis podkradam się jak najbliżej osiego gniazda, do którego jednak co chwile wlatują i wylatują małe bestie. Raptownie doskakuję, porywając rower i ponownie z krzykiem nacieram przez krzaki…Ponownie ranią kolce i ten… przeklęty lewy pedał…Obdzieram o niego boleśnie łydkę. Głośne słowo ponownie zakłóca spokój doliny. Zaczynam po „trociowemu”. Co prawda nie łowiłem nigdy troci, zatem nie mam prawa używać terminu, o którym mam zerowe pojęcie, ale miejsce w którym jestem jakoś takie skojarzenia mi nasunęło. Rzucam blachę pod drugi brzeg i łukiem sprowadzam ją do siebie. I jakoś tak fajnie mi się łowi, bo nawet ją widzę. To mobilizuje. Około kwadransa penetruję miejscówkę na wszystkie sposoby jakie znam. Tu jednak jest pusto.
Odpędzając komary podążam poniżej zwaliska. Tu Biała Przemsza bije dół, tworząc respekt wzbudzające, siwe wiry. Błystka daje się sprowadzić głębiej, po wchodzącej żyłce czuję, że jama tu konkretna. Ale dziura! Niedźwiedź by się schował, co dopiero pstrąg. Rozmaite manewry spinningiem jednak także nie wzbudzają zainteresowania „rzekomych” kropkowańców. Mijają minuty, kwadranse. Już gdzieś tam w podświadomości pojawia się nitka zniechęcenia. Dalsza seria bezskutecznych rzutów. Już coś mi tam podpowiada o powrocie do domu. Sięgam po wodę mineralną, przerywając na moment łowienie. Odzywa się ból policzka. Dotykam go ręką, o rany, jaka bania!!!
I tu ulegając zniechęceniu, popełniam jeden z największych wędkarskich błędów. Kardynalnych i niewybaczalnych, które w moim przypadku niejednokrotnie były karane przez los. A cóż to jest? Otóż kolejny rzut wykonuję totalnie bez skupienia i determinacji. Takie niedbałe machnięcie spinningiem, niczym znudzony nowicjusz. I to bezwzględnie wykorzystuje pstrąg. Dupnięcie jest silne i tak niespodziewane, że czuję się niczym zamroczony, błyskawiczną serią zdarzeń. Praśnięcie, wyskok i …do widzenia. I jeszcze mój ponowny okrzyk, połączony z ciągłym niedowierzaniem. Niewiarą w to, co przed chwilą się wydarzyło. Niewiarą, bo ryba ta była znacznie większa, niż te, z którymi rano „przekomarzałem” się na Sztole.

Słyszę bicie swego serca. Nie czuję bólu policzka. Czuję determinację. Czuję emocje jak rankiem. Łowię, rzucam, penetruję, skradam się i rwę rowerem jeżyny. I dalej, i dalej. Kolejne zwalisko. Kolejny zaczep. Zwalisko – zaczep, zaczep – zakole. Zwalisko, dziura. ZACZEP. Cholera straty jak dawno kiedy, ale nic tam. Nic tam bo w końcu znowu „DUP!” Po chwili dwa niewielkie pstrągi i silne uderzenie na kolejnym zakolu nie pozwalają ponownie ujść mojemu zapałowi. Magiczna rzeka wciąga jak czarownica. Nie pozwala mi opuścić swej doliny, a ja posłusznie targając rower przez chaszcze, podążam jej biegiem.
W końcu jednak Jej dolinę ogarnia półmrok,
a sama Biała Przemsza zaczyna…parować. Boże jak tu teraz dziwnie…Strasznie…, „Babajagowo”…Wystające z dymiącej wody suche konary, niczym demony, wydają się jakby ożywały, i ogarniały swym jękiem to niezwyczajne miejsce. Składam spinning i targam rower już nie wiadomo, który raz dzisiaj przez jeżyny, instynktownie dochodząc do leśnego duktu. Jest tak wyboisty, że ani myślę jechać. Idę, czując się nieswojo w tym wycinku innego świata. Innego, a przecież tak blisko położonego od mojego domu.
Ogarnia mnie już niemal całkowita ciemność. Zaskakuje szybkość w jaki ona nastąpiła, naprawdę czuję się dziwnie, jakbym nie był tu sam. Pocieszam się inną myślą. Mam tak opuchnięte ryło, że to przecież ja tu dziś straszę!!!
W okolicy „Ryszki” wjeżdżam na znaną mi ścieżkę. Kilka minut podążam zamglonymi młodnikami byłych piaskowni, docieram do asfaltowej szosy „fatamorgany”. Twardy grunt pod kołami, nareszcie!!!
Jeszcze dwie godziny spokojnej podróży i jestem w domu… Nie spodziewałem się takiej wyprawy. Była naprawdę fajna!
Mikołaj Hassa
